1993. Chodziłam wtedy do szkoły podstawowej. Pamiętam, że mój wujek miał kremowego Poloneza, a dziadek jeździł Fiatem 126 p., granatowym. Kiedy dobrze się skupię, jestem w stanie przypomnieć sobie ten zapach nagrzanego w słońcu wnętrza.
U babci w kuchni, ale i jeszcze długo później, na stole leżała cerata. Była regularnie wymieniana, kiedy wzór się zdzierał lub ktoś przeciął ją nożem. Herbatę parzyliśmy w cienkich szklankach, wsadzanych w „koszyczki”. Potem zaczął na salony wchodzić duraleks, najczęściej brązowy.
W osiedlowym sklepie pani zliczała rachunki na papierze, później nierzadko w papier z obliczeniami zawijała twaróg lub kiełbasę. Nie było wag elektronicznych, a moja mama co tydzień kupowała „Dziennik Bałtycki”, w którym próbowałam rozwiązać krzyżówkę.
Co to wszystko ma wspólnego z recenzją książki?
Lawina wspomnień do recenzji książki
Tę lawinę wspomnień uruchomił we mnie najnowszy kryminał Roberta Małeckiego „Krótka noc, długi krzyk” (Wydawnictwo Literackie). Pobiegłam po niego w dzień premiery i czułam odrobinę frustracji, że nie mam czasu, by go od razu połknąć. W końcu, kiedy dopadłam go na dobre w sobotę, skończyłam w niedzielę w nocy…
Świat, który autor wykreował w 1993 roku, nie był zdecydowanie tak niewinny jak moje wspomnienia. Policjanci prowadzą brutalne śledztwo w mieście, gdzie rządzą grupy przestępcze. Świrski wciąż musi balansować między poświęceniem się pracy a życiem rodzinnym. Ma trudności z postawieniem granicy i wkrótce przekonuje się o tym, że ona nie może istnieć. Na szczęście ma u boku Cichonia, który jest gotowy za niego ręczyć w każdej sytuacji i służy dobrą radą nawet w bardzo osobistych tematach.
Brutalny świat lat 90.
W książce splatają się przemoc, wulgaryzmy, wyroki wykonywane bez mrugnięcia okiem. Historię poznajemy z perspektywy emerytowanego funkcjonariusza, któremu pamięć płata figle. Czy może zatem przytaknąć na słyszaną przez partnera z dawnych lat opowieść? Co tak naprawdę dzieje się tylko w jego głowie, a co wydarzyło się w pomilicyjnej rzeczywistości?
Oto historia i finał, który sprawił mi czytelniczą satysfakcję, bo wciągnęłam się w tę grę do samego końca. Choć moje przypuszczenia co do roli jednego z funkcjonariuszy zbyt szybko okazały się słuszne, nie popsuło mi to opowieści. Zaskoczył mnie obraz, nieco pozarzeczywisty, który do tej pory kojarzył mi się z Zygmuntem Miłoszewskim, ale lubię takie niespodzianki.
Dalej milczę, przeczytajcie. Polecam.
PS Zapraszam do moich pozostałych recenzji.