recenzja

Cztery tysiące tygodni

Pamiętam kilka wpisów na temat tej książki, dopisałam ją do listy „do przeczytania”, już w myślach dołożyłam do stosu i przesunęłam w klasyfikacji generalnej do przodu.

Z początku pojawiło się coś na kształt małego rozczarowania. Tyle osób chwaliło „Cztery tysiące tygodni”, to czemu książka nie uwiodła mnie od pierwszych stron, czemu nie pochłonęłam jej w weekend. Potem, skubiąc ją pomału, zaczęłam zaznaczać istotne fragmenty i zauważyłam, że przybywa ich w zastraszającym tempie.

To jest książka-esencja. Takiej mocnej herbaty nie da się przecież wypić jednym łykiem. Ją się sączy, żeby wyczuć głęboki smak, czasem gorzkawy i cierpki, ale wzmacniający i stawiający na nogi.

„Marzenie, że pewnego dnia znajdziemy się po zwycięskiej stronie relacji z czasem, jest najłatwiejszym do wybaczenia spośród ludzkich urojeń. To dlatego, że alternatywa jest zatrważająca. Niestety, jest ona również prawdą: jesteśmy w walce z czasem skazani na porażkę”.

Przypomniało mi się jedno z przedstawień w przedszkolu. Wszyscy nagrywali swoje pociechy. Unosili telefony nad głowami szczęściarzy z pierwszego rzędu, aby uwiecznić tę chwilę. Być może chcieli pokazać ją dziadkom, nieobecnym rodzicom. Być może. Jednak uderzające było to, że oglądali dzieciaki nie na żywo, ale przez pryzmat tego, co chcieliby potem zobaczyć.

O tym właśnie m.in. pisze O. Burkeman – próbujemy zatrzymać teraźniejszość, by w przyszłości do niej wrócić, ale ona będzie już wtedy tylko przeszłością, jedyne „tu i teraz” już się nie powtórzy. Dziecko nie będzie drugi raz wypatrywać, czekać na wsparcie i spojrzenie pełne otuchy. Ono wie, że życie jest dziś i nie ma sensu przekonywanie go, że to „fajna pamiątka na przyszłość” – bo tak naprawdę, między nami, ile razy wrócisz do tego nagrania?

Ile razy obejrzysz zdjęcia z wakacji? Ile nagrań z koncertów odsłuchasz? Co chcesz na siłę zatrzymać? Ja też lubię zdjęcia, ale wszystkiego nie zamknę w pudełku z pamiątkami, a najcenniejsze, co mogę przeżyć jest niepowtarzalne. Nie łudź się, że zrobisz wszystko, co zaplanowałeś. Musisz dokonywać wyboru, ciągle i od nowa. Na nic się tu zda frustracja i łapanie wielu srok za ogon.

„Pozwól niemożliwym do spełnienia standardom roztrzaskać się o ziemię, a potem wygrzeb z rumowiska kilka wartościowych zadań i zabierz się za nie jeszcze tego samego dnia”.

Wszystko to jednak trzeba poukładać w sobie i odpuścić… Nawet w wakacje – sporządzamy listy do odhaczenia, zamiast zamoczyć nogi w jeziorze, ogrzać twarz słońcem i zachwycić się porankiem. Trzeba w końcu zająć się tym, co naprawdę się liczy, a nie tylko realizacją wyobrażeń i udziałem w wyścigu z czasem, bo i tak już przegrałeś.

#readfulness #bookfulness #recenzja #książka

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *