Słyszeliście kiedyś o Pahiatua? Pewnie gdyby nie podtytuł książki w ogóle musiałabym sprawdzić, czy to oby na pewno miasta i gdzie ono się znajduje. Nowa Zelandia. Miejsce, do którego większość z nas, z racji chociażby ogromnej odległości i kosztów, nigdy nie dotrze. Gdzieś na antypodach, odległa kraina. Ale mówi się powszechnie, że Polacy są wszędzie. Zatem nasz ślad jest także w Pahiatua. Dlaczego?
Zapraszam do zapoznania się z recenzją książki M. Gawle.
Zsyłka
Najpierw druga wojna światowa, potem wielki terror ze strony dwóch okupantów. Związek Radziecki nie tylko chce raz na zawsze zdmuchnąć Polskę z mapy, ale i wreszcie wyrównać rachunki za 1920 rok. Ponoć właśnie dlatego pojawia się zamysł wielkich deportacji w głąb Rosji. Pierwsze mają miejsce w 1940 roku i właśnie wtedy wielu obywateli naszego kraju dostaje prosty i brutalny nakaz: kilkanaście minut na spakowanie swojego dobytku, by udać się nieznane.
To koniec jakiejkolwiek wolności i względnego spokoju. Całe życie zamknięte w walizce, która i tak na nic się zdaje w zderzeniu z katorżniczą pracą i warunkami, w których przyjdzie żyć Polakom. Pracują, cierpią głód i choroby gdzieś w odległej Rosji, na Sybirze, na tundrze. Bez nadziei na powrót do kraju trzymają się tej naturalnej, ponad wszystko chęci, by przeżyć. W końcu dla tych, którym udało się przeżyć pierwsze lata piekła, nadchodzi promyk zmian.
Jest nadzieja
W ramach porozumienia Majski-Sikorski Polacy mogą opuścić to miejsce zsyłki. Jeśli tylko dostaną stosowane dokumenty i wykażą się nienagannym zachowaniem, mają szansę udać się w drogę. Dokąd?
Wiedzie przez tysiące kilometrów w warunkach, które wielu przynoszą tylko śmierć. Część dociera do Isfahan. To tu, w „mieście polskich dzieci”, mogą w końcu trochę odsapnąć. Siedemset trzydzieści troje dzieci wyrusza jednak dalej. Najpierw jadą ciężarówkami do Sułtanbad, potem pociągiem do Ahwazu, dalej angielskim parowcem do Bombaju, aż w końcu do Nowej Zelandii. Najmłodsi pasażerowie nie znali kresu swojej wyprawy, ale cieszyli się z czekolady, którą otrzymali od amerykańskich żołnierzy.
Pahiatua. Można odetchnąć z ulgą. Tułaczka się skończyła. Wykończone, schorowane dzieci w końcu mogą zaznać odrobiny spokoju, położyć się na łóżku w „Małej Polsce”, jak nazwano zorganizowany tu obóz. Polskie nazwy uliczek, szkoła, nabożeństwa, opieka duchowa księdza i ta całkiem codzienna sióstr zakonnych. Jeszcze tylko walka z malarią, wszami, wszelkimi innymi dolegliwościami, ale można było rozmawiać w ojczystym języku, zjeść posiłek na stołówce, odzyskać siły, zawalczyć o siebie. A potem wrosnąć w nowozelandzkie społeczeństwo.

Jest nas coraz mniej
Dziś dzieci z Pahaitua – co naturalne – jest coraz mniej. Nastały kolejne pokolenia, wielu rozproszyło się po całym świecie. Jedno jednak zostało – pamięć o ojczyźnie, polskich korzeniach i o losie, który tak bardzo ich doświadczył. Nie każdy mówi o tym, jak o traumie, o czym świadczą rozmowy z Michałem Gawle.
Dla autora tej książki to też była życiowa przygoda. Podąża – jak przystało na prawdziwego pasjonata historii – za obranym tematem do jego źródeł zaraz po tym, jak przypadkowo trafił na publikację „Dzieci z Pahiatua”. Szuka wiadomości, by móc zgłębić ten temat nie tylko w książkach, artykułach, gazetach. Przede wszystkim próbuje (i to skutecznie) dotrzeć do ludzi, którzy opowiedzieliby mu swoją historię. Kontaktuje się z organizacjami i instytucjami, w których posiadaniu mogą znajdować się cenne informacje na temat losu Polaków.
Reportaż
Michał Gawle proponuje swoim czytelnikom jasną strukturę publikacji: najpierw tłumaczy, skąd u niego wzięło się zainteresowanie tematem, wskazuje na kontekst historyczny tamtych wydarzeń, opisuje swoje spotkania z uczestnikami wyprawy do Pahiatua i ich ocenę sytuacji. Na końcu oddaje głos ludziom związanym z nowozelandzką Polonią.
Autor poświęca kilka akapitów osobnego rozdziału także na ocenę tamtych wydarzeń i traum okiem psychiatry. W moim odczuciu to szalenie ważny temat i wart zgłębienia, ponieważ wiele osób po tak trudnych wydarzeniach w swoim życiu cierpiało z powodu stresu pourazowego, depresji, samotności. Myślę, że nie ominęło to i pahiatuańskich dzieci, które znalazły się w obcym społeczeństwie, z dala od swoich najbliższych. Nie wiedziały, co ich czeka i czy kiedykolwiek wrócą do Polski i pełnego zdrowia. Być może warto by było w tym miejscu oddać głos psychiatrze, zamiast opierać się tylko na danych i ocenach z innej książki („Z Sybiru na drugą półkulę”).
Gdybym miała wskazać to, czego jeszcze mi brakuje, albo o czym więcej chciałabym przeczytać w tym reportażu, byłby to ludzkie historie, od A do Z. Nie tylko dotyczącej samej podróży do Nowej Zelandii, ale też to, jak wsiąkali w nowe społeczeństwo, jakie relacje utrzymywali z innymi dziećmi, czy próbowali nawiązywać kontakt z rodziną, czy rozmyślali o powrocie do kraju, jak to się przełożyło na ich własne dorosłe życie i budowanie relacji małżeńskich, rodzicielskich.
Autor to wszystko wspomina, ale bardzo pobieżnie, wiele zdań, myśli się powtarza, a przytaczane przez niego wywiady z różnymi ludźmi nie wnoszą nowych wiadomości, są raczej powieleniem tego, co już można było przeczytać. Pytania, które zadaje swoim rozmówcom, ambasadorom, księżom, zesłańcom, są nazbyt oczywiste i nie ma w nich tego, co mogłoby utrzymać uwagę czytelnika na dłużej. Żałuję, bo temat jest na tyle unikatowy, na tyle mało znany, że mógłby przyciągnąć kolejnych miłośników polskiej historii. Rozumiem jednak pewne ograniczenia, które wynikały z jednej strony z osobistych relacji świadków, ale i ściśle określonego czasu, jaki autor mógł poświęcić na tę wyprawę.
Zachowaj pamięć
Całość wydarzeń opisana jest za to z reporterska dokładnością. Autor wyraźnie odwołuje się do poznanych przez siebie źródeł i jasno wskazuje je czytelnikowi. Język jego wypowiedzi jest zrozumiały, klarowny, nie ma zbędnego emocjonalnego tonu, ale rzeczowe przedstawienie faktów, zwłaszcza tych z drogi do Pahiatua. Uzupełnieniem publikacji są także zdjęcia, na których wyraźnie widać, jak wielkie znaczenie miała dla Michała Gawle ta wyprawa na antypody. Zawsze podziwiam ludzi za ich podążanie za pasją, przedmiotem zainteresowań, bo to czyni ich ciekawymi, a rozmowy z nimi inspirującymi.
Reportaż o Pahiatua może być dla wielu odkrywczy (zajrzyjcie też tu). To poznanie kolejnej strony polskiej historii, o której wielu wie co raz mniej. Starsze pokolenia zabierają ze sobą pamięć dni wojny, głodu, cierpienia, ale i wyzwolenia. Tylko takie osoby jako autor publikacji mogą ocalić te wspomnienia. I z tego względu „Pahiatua…” zasługuje na uwagę czytelnika.
Książkę otrzymałam w ramach współpracy z portalem Sztukater.
Chciałbyś/chciałabyś, żebym napisała recencję Twojej książki, zapraszam do kontaktu.