recenzja

Zrost

Czasem obiecuje sobie taki wieczór, że nie będę siedziała do późna. Zrobię, co do mnie należy i pójdę spać. Bez dziergania. Bez sprzątania. Bez czytania.

📚 Potem ostatni rzut oka na nocną szafkę. Z okładki krzyczą do mnie tłuste, czarne litery. Robert Małecki. Nazwisko większą czcionką niż tytuł. „Zrost”. Ktoś tam już dobrze w wydawnictwie wie, że pewne nazwiska od razu przyciągają czytelników. I choć jestem tradycjonalistkę i wolę odwrotną hierarchię na okładkach, to zdecydowanie nie dziwi mnie ten zabieg.

📚 Sięgam zatem po „Zrost”, a potem zegarek niemiłosiernie powiadamia mnie, że przed drugą w nocy wypadałoby jednak odłożyć historię na jutro.📚 Od pierwszych stron uruchamia się we mnie lawina redaktorskich wspomnień, kiedy to dobrych kilka lat temu opracowywałam reprint o kujawsko-pomorskich parafiach. Nazwy Bielczyny, Chełmża, nie wspominając o Toruniu czy Bydgoszczy, brzmią bardzo znajomo… Od razu przeglądam mapę, muszę przypomnieć sobie te międzymiejscowe relacje, wtedy lepiej sobie można wszystko wyobrazić. Tak już mam.

📚 Czytam o śmierci w domu nad jeziorem. Sprawnie poprowadzona narracja nie pozwala zostawić na jutro Bernarda Grossa i jego śledztwa. Uwiedziona jego intuicją wiem, że sprawa ta nie będzie, co oczywiste, prosta do rozwiązania. Doświadczyliście kiedyś tego uczucia, kiedy staliście nad jeziorem, dawno po sezonie, a wokół panowała cisza? Potężna. Taka, do której już odwykliśmy, mieszkając w mieście. Potrafi wzbudzić niepokój. I on właśnie wraz z kolejnymi stronami i wypowiedziami bohaterów narasta. Dźwięczy w uszach.

📚 A gdy przenosimy się do roku 1945 już wiemy, że ten stan wzbudza nie tylko nasza wrażliwość i odczuwanie świata, ale historia, o której nikt już nie chce pamiętać. Bo jest za trudna, zbyt obciążająca, a nawet wstydliwa. Taka, która tkwi w człowieku, niczym blizna – taka, co nigdy się do końca nie zagoi, co zawsze będzie przypominać, że kiedyś się TO stało.

📚 Że kiedyś szły tędy biedne Żydówki, pędzone w tzw. marszu śmierci. Odczłowieczone, wynędzniałe, od których wzrok odwracano, bo wspomnienie o nich wypalało od razu jak pieczęć. Po lekturach stutthofskich, nad którymi kiedyś pracowałam, temat był mi znany, ale każde ujęcie na nowo daje do myślenia, przeraża, zasmuca.

📚 Barnard Gross wie, że historia sprzed kilkudziesięciu lat będzie kluczem do śledztwa, które prowadzi. Długo nie może znaleźć tego czegoś, co byłoby klarownym dowodem, narażając się w ten sposób na zniecierpliwienie prokuratora, który najchętniej zamknąłby dochodzenie. Odkryte karty historii nie dają jednak spokoju, choć jej świadkowie odchodzą na zawsze, zabierając ze sobą tajemnice…

📚 Najchętniej opowiedziałabym Wam całą książkę. Nie mogę jednak być aż taką egoistką. Jeśli szukacie dobrze opowiedzianej historii, polecam, może akurat na weekend. Robert Małecki „Zrost”.

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *