recenzja

Zielone światłaz

Nie od razu się nią zachwyciłam. Po ostatniej, lekkiej lekturze „Ludzi, których spotykamy na wakacjach”, książka Matthew McConaugheya wydawała mi się dość „toporna” (pomyślałam: „chłopie, lepiej graj niż pisz”). Wspomniana ciężkość tkwiła w wielu górnolotnych przemyśleniach, opisach metafizycznych wręcz przeżyć aktora w zderzeniu z potocznym językiem, który w niektórych momentach mnie drażnił. Jednocześnie byłam pełna uznania dla tłumacza, Adama Pluszki.

M. McConaughey w „Zielonych światłach”, które stały się szybko bestsellerem na liście gazety „New York Times”, opisuje swoje dzieciństwo, nie szczędząc szczegółów i opisów ekscentrycznych metod wychowawczych ojca. Wspomina również o latach młodzieńczych, zawirowaniach rodzinnych (kolejnych rozwodach i ślubach swoich rodziców), podrywaniu dziewczyn „na półciężarówkę”, poszukiwaniu własnej ścieżki edukacji (był na studiach prawniczych zanim trafił do szkoły filmowej). Zdradza nam swoje sny, które kierowały go w różne części świata – pod ich wpływem udał się m.in. do dzikich plemion zamieszkujących dorzecza Amazonki, na wyspę Mali, czy do meksykańskiej pustelni, gdzie doświadczał oczyszczających rytuałów.

„Odkąd stałem się sławny, wyznałem, starałem się być dobrym człowiekiem, nie kłamać i nie oszukiwać siebie, być czystym sercem i umysłem, ale jestem pełen żądzy, uprzedmiotawiającej innych ludzi i siebie. Nie czuje związku ze swoją przeszłością ani nie widzę drogi ku przyszłości, jestem zgubiony, nie czuję się sobą”.

Wszystkie te wydarzenia doprowadziły McConaugheya m.in. do przekonania, że czas zerwać z wizerunkiem blondyna z gołym torsem z romantycznych komedii i wrócić do ról bardziej skomplikowanych, niejednoznacznych i trudnych. Wiedział, czego chce, bo jednym z pierwszych filmów z jego udziałem był „Czas zabijania” z 1996 roku na podstawie powieści Grishama. Później połasił się na łatwy pieniądz i, potocznie mówiąc, trzepał kolejne słodkie obrazki, za które mu płacili. Po paru latach miał już dość siebie i musiał wrócić do ról, będących dla niego wyzwaniem. Przyszło mu na takie poczekać dwa lata. Przez ten czas odrzucił mnóstwo scenariuszy i pokus na zarobienie dobrych pieniędzy, do których był przyzwyczajony. Kto oglądał „Witaj w klubie” i serial „Detektyw”, ten wie, że była to bardzo dobra decyzja.

„Byłem niezmiernie zaszczycony otrzymaniem tej nagrody, będącej potwierdzeniem osiągnięcia doskonałości w zawodzie. Było to również potwierdzenie, że moje aktorskie wybory przekładają się  na wysoce kompetentne rzemiosło. Nie robiłem na odwal”

Tym jednak co urzekło mnie w książce chyba najbardziej, był stosunek wielkiego aktora do własnego ojca. Mimo specyficznego sposobu bycia i wychowania z dala od ideałów, stosowania wobec synów (McConaughey ma dwóch starszych braci) swoistego rytuału przejścia i rygorystycznego traktowania, urósł w ich oczach na superbohatera, choć w roboczym uniformie. Słowa, które aktor wypowiada o ojcu są zawsze wzruszające i podkreślają jego wielkiego przywiązania do tego człowieka. Mówił o nim jako o „niewzruszonej sile”, której nic ani nikt nie może pokonać. Z tej relacji z ojcem wyrosło przekonanie aktora:

„Ojcostwo, coś, co najbardziej szanowałem w życiu, coś, co wywarło na mnie największe wrażenie,  było teraz tym, w co miałem się bardziej zaangażować. Przesłanie męskości, które dotarło do mnie po odejściu ojca, miało dla mnie nowe znaczenie, ponieważ sam stałem się jego częścią”.

„Jedyne, co kiedykolwiek wiedziałem, to że chcę być ojcem. Ojcostwo znaczyło dla mnie, że człowiekowi w życiu się udało”

Wiedząc, jaką popularnością cieszy się aktor, rozumiem, dlaczego książka stała się bestsellerem. Nie jest być może wolna od pewnych utartych fraz, jak tych odnoszących się do tytułowych zielonych świateł (np. „Nie możemy w pełni docenić światła bez cienia”). Przyszło mi też na myśl, że napisanie „Zielonych świateł” to tylko kolejny wymysł narcystycznego aktora, którego zwyczajnie było stać na taki ekscentryzm. Bez wątpienia jednak jest to ciekawa autobiografia  człowieka pełnego pasji, optymizmu i otwartości na to, co przyniesie życie.

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *