recenzja

Zaufaj

Tak się dzisiaj zbiegło, że 14 lutego w kalendarzu mamy zarówno walentynki i Popielec. I nie będzie to wpis, choć można się było tego po mnie spodziewać, o zasadach pisowni świąt i zwyczajów wielką lub małą literą. Nie będzie to też post o wyższości jednego nad drugim, bo to w moim odczuciu raczej niedorzeczne i takiego wyboru nie trzeba dokonywać – nie widzę tu osobiście konfliktu.

W poniedziałek rozmawiałam ze znajomym, który opowiadał mi o tym, że jego szef co roku wykupuje na pewien koncert dość znaczną pulę biletów i rozdaje je pracownikom i kontrahentom. Pech chciał, że w tym roku impreza wypada w środku tygodnia, czyli dzisiaj. W walentynki i środę popielcową jednocześnie. Nie pracowałam nigdy w dużej korporacji. Wiem tylko, że na koncert w tym dniu bym się nie wybrała. Mam nadzieję, że nie byłabym pod presją obowiązku służbowego.

W tym miejscu ta zbieżność daty i tradycji połączyła się z postem, który zaplanowałam na dzisiaj, a miał zaczynać się zupełnie inaczej. Tydzień, może dwa, temu skończyłam czytać książkę @Monika Górska „Zaufaj”. Czekała na moim stosiku (jak już kiedyś ustaliliśmy – nie wstydu, a możliwości) prawie rok czasu. Kolejka wiecznie długa…

Ta książka to wyznanie wiary, to świadectwo o odkrywaniu swojego życia prowadzonego przez – jak pisze autorka – Największego Scenarzystę. Gdyby taką książkę napisała siostra zakonna, albo może nawrócona gwiazda rocka – byłaby wówczas oczywista lub szokująca. Jest ona jednak napisana przez „dziennikarkę, reżysera i scenarzystkę 160 filmów (…), prelegentkę TEDx”, prekursorkę storytellingu, właścicielkę szkoły w tym zakresie, przez dr Story…

W moich oczach czyni to ją jeszcze bardziej wyjątkową. Mam takie przeczucie, nawet obserwując życie na LinkedIn, że o wartościach pisze się bardzo dużo, ale rzadko w kontekście tak jasno zdeklarowanym, jak u Moniki Górskiej. Zaprasza nas ona do swojego życia, opowiada o nim poprzez kilka historii, poprzez które pokazuje, jak się ono przewartościowało dzięki temu, że zaufała i pozwoliła się prowadzić Bogu. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy uległa wypadkowi, który niejednego by wpędził w zwątpienie i załamanie. Nawet wtedy, gdy ciągle słyszała podszepty doradców, którzy mieli wszystko mówiące imiona: Niedarad, Zaraz, Ciniewyjdziech, Niemaszkiedyk, Zczymdoludek z królową na czele: Tamtajestlepsza.

O tym wszystkim pisze w sposób prosty i piękny jednocześnie, bo zrozumiały, nie ulegający przesadnej ekscytacji. Przy okazji słów, prowadzonych lekko, z poczuciem humoru, czasem przy delikatnej ironii, daje świadectwo, które można postawić na równi z listem wdzięczności i modlitwą. Być może komuś przywróci swoimi słowami nieco wiary, może odwagi, a może jedynie ukaże swoją, inną perspektywę. W świecie biznesów, „onlajnów”, ciągłego bycia w socialach, pisanie o Bogu w wykonaniu autorki wydaje się być może nie do końca oczywiste, ale tak nie jest.

Mnie ta książka, choć początkowo „dziubana” po malutku, a potem połknięta w dwa-trzy wieczory do siebie przekonała. Zmusiła do refleksji, do powiedzenia „zaufaj”. I z tą perspektywą chcę zacząć wiosnę, którą czuć dziś nad morzem w powietrzu.

I na koniec rzecz banalna: nieważne, czy książka jest kryminałem, romansem, sagą rodziną – jeśli po jej przeczytaniu chcesz sięgnąć po drugą część, to znaczy że odegrała dla Ciebie właściwą rolę.

#książka #storytelling #recenzja #walentynki #popielec  

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *