recenzja

Zachód słońca nad Santorinii

Znam dwa typy czytelników. Pierwsi traktują książkę jak świętość – nie można jej w żaden sposób zniszczyć, ubrudzić, obkładają je papierem lub noszą w specjalnym etui. Drudzy wyrażają swoją miłość inaczej – pozwalają sobie na zaznaczanie ulubionych fragmentów, zaginanie rogów na ważnych stronach czy doklejanie karteczek z notatkami.

Jestem w tej drugiej grupie i jeśli miałabym przytoczyć istotne dla mnie urywki w „Zachodzie słońca na Santorini” Dionisiosa Sturisa, byłoby ich zatrzęsienie. Z jednej strony reportaż o Grecji otworzył mi oczy na kwestie, o których nie miałam pojęci. Prawdopodobnie przyszło mi nadrobić zaległości z lekcji historii na temat współczesnego oblicza faszyzmu w najgorszym wydaniu – to obraz nienawiści do Egipcjan, Pakistańczyków czy innych przedstawicieli państw, których obywatele postanowili rozpocząć w europejskiej Grecji swoje nowe życie. W zamian za nadzieję na lepsze jutro otrzymali zastraszanie i przemoc, jakich doświadczyli od Złotego Świtu – organizacji, którą w końcu wyrokiem sądu uznano za przestępczą. Przemoc – nękanie, pobicia, a w końcu zabójstwo Pawlosa Fisasa musiały otworzyć oczy greckiemu społeczeństwu na powtórkę z historii z drugiej wojny światowej.

Historia niczego nas nie uczy. Gdybyśmy odrabiali lekcje z historii, jako ludzkość bylibyśmy w zupełnie innym, lepszym miejscu.

Sukces Złotego Świtu oznaczał, że w Europie odżywa najgorsze zło, żerujące, jak dekady wcześniej, na skutkach kryzysu gospodarczego, czyli nędzy, niepewności jutra i narodowym upokorzeniu.

Pod koniec dnia Fisa dodała, że sądowe zwycięstwo to jedynie etap w walce z faszyzmem, nie jej finisz: „Wygraliśmy bitwę. Dzięki Pawlosowi wiemy, że to możliwe. Ale musimy walczyć dalej, nie możemy zatrzymać się w pół drogi”.

Nieco głośniejszym echem w ostatnich latach odbiła się kolejna ciemna strona Grecji – kryzys uchodźczy. Zachodnioeuropejskie społeczeństwa straszono ludźmi, którzy poprzez Turcję dostawali się do Grecji, by dalej przeniknąć do krajów Zachodu. D. Sturis stał się świadkiem dramatu ludzi przekraczających na przepełnionych pontonach graniczną rzekę. Docierają do Europy za wszelką cenę, choć obok płyną turyści, którzy płacą za przeprawę promową kilka/kilkanaście razy euro mniej. Kiedy spotykają się spojrzenia tych dwóch światów – bogatych podróżników i biednych uchodźców – okazuje się, że ci drudzy wcale nie chcą nikogo wykorzystać, że mogą być jedynie wyrzutem sumienia dla spokojnie żyjących w swoich domach. Obraz ten, prócz dziennikarskiej dokładności, niesie ze sobą pokłady emocji – rozdzierającej rozpaczy i beznadziei na dobre rozwiązania sytuacji inicjowane przez daleką Brukselę.

Oprócz wspomnianych społeczno-politycznych kwestii podróż D. Sturisa do Grecji to także wyprawa sentymentalna, to próba rozprawienia się z trudną przeszłością dziecka, które wychowało się bez ojca. Autor pokazuje wszechobecnie pokutujące przekonanie o wyższości ojcowizny, nawet jeśli to ojciec jest „tym złym”, przed którym żona i matka musi uciekać z dziećmi i samotnie borykać się z trudnościami wychowania. Ojciec nigdy nie stanął na wysokości swojego zadania, nie pomaga swojemu synowi nawet, kiedy pomogłoby to dziecku uniknąć problemów, nawet gdyby byłoby to szansą na pogodzenie się, wyprostowanie ścieżek, na rozgrzeszenie.

Rodzina bez ojca to też rodzina. A wioskę można sobie wybrać. Skąd jesteś a kim jesteś – to nie to samo.

Książka D. Sturisa to w końcu zwrócenie się w stronę Grecji i jej narodowej tożsamości, której wyrazem staje się nie błędnie pojmowany patriotyzm pokroju Złotego Świtu, ale sprawa marmurów wywiezionych dawno temu przez Brytyjczyków. O skarb ten dopominają się kolejne instytucje kulturalne i przedstawiciele organizacji politycznych, działacze pretendujący do ważnych stanowisk państwowych. Jaki jest ich efekt? Marmury z Partenonu nadal znajdują się w Londynie, zniszczone przez nieodpowiednie próby renowacji. Pozostają tam przy cichym przyzwoleniu wszystkich tych, którym na rękę jest zatrzymanie cudzych dóbr we własnych zbiorach. Czy godzi się, żeby rząd Grecji wykupywał, wypożyczał i przez stulecia dopominał się o coś, co od zawsze było własnością Greków…? Brzmi znajomo?

Czułam dumę z bycia Greczynką. Czułam, że jestem Greczynką – ze wszystkimi naszymi tradycjami, z całą historią, kulturą, z naszymi starożytnymi przodkami. Jedność. Kto nie jest Grekiem, nie będzie chyba umiał tego pojąć. A Ty rozumiesz? Ty może chociaż trochę rozumiesz. Chodzi o naszą tożsamość.

„Swojskich kwestii” w reportażu Dionisiosa Sturisa jest naprawdę wiele. Wystarczy wymienić chociażby: eksterminację ludności (Złoty Świt a napaść Rosji na Ukrainę), kryzys uchodźczy (napływ uciekinierów z Turcji a sprawy na granicy naszego kraju, emigracja wojenna Ukraińców), ograniczenia, jakie wynikły z pandemii koronowirusa czy wspomniane odzyskiwanie ukradzionych dzieł sztuki z czasów wojen.

Reportaż „Zachód słońca na Santorini…” ujęła mnie nie tylko ze względu na możliwość uzupełnienia luki w posiadanych wiadomościach, ale także na umiejętność wplatania przez autora bardzo osobistych doświadczeń w sposób niebanalny i autoironiczny. To potwierdzenie także faktu, że każdy kraj ma swoją ciemną stronę, a historia wciąż, i wciąż powtarza się na nowo. Czas sięgnąć teraz do wcześniejszych książek S. Sturisa („Grecja. Gorzkie pomarańcze”, „Gdziekolwiek mnie rzucisz…”, „Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji”), ale i z jeszcze większą niecierpliwością wypatrywać szansy na podróż do Grecji, także tej, gdzie wciąż rośnie dzikie oregano i można pływać w wodzie ciepłej jak przestudzona herbata, wśród ryb i małych krabów, między wielkimi kamieniami przykrytymi dywanem gęstej, zielonej trawy…

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *