recenzja

W cieniu Babiej Góry

katastrofa Babia Góra, recenzja, książka

Jest kwiecień 1969 roku.

W powietrzu czuć już wiosnę, choć zimno w górach daje jeszcze w kość przy wyrębie drewna. Nad głowami mieszkańców Skawicy, Makowa Podhalańskiego, Suchej Beskidzkiej i Zawoi przelatuje samolot, wzbudzając wielkie przerażenie i ogłuszający łoskot.

Kilka minut później już wiadomo, że stało się coś bardzo złego. Chłopi z całej okolicy, przywykli do ciężkiego życia, nie mogą dojść do siebie po tym, co zobaczyli na miejscu katastrofy samolotu „Mikołaj Kopernik” na stoku Policy, jednego ze wzniesień Pasma Babiogórskiego. Z niewiadomych przyczyn rozbija się tu maszyna, na pokładzie której znajduje się ponad 50 osób.

16:07 – taką godzinę pokazuje zegarek znaleziony na jednym z ciał, którego właścicielem okazuje się pasażer Zenon Klemensiewicz, polski językoznawca, znany mi jako autor akademickich podręczników.

To nie akcja filmu katastroficznego, tylko prawdziwe wydarzenia. Przyczyna wypadku jest wciąż oficjalnie niewyjaśniona. Zarzuty przedstawiono kontrolerom lotu, który rzekomo korzystali z radaru nieprzystosowanego jeszcze do obsługi. Inni twierdzili, że maszynę porwano, bo jedno z urządzeń pokładowych zamiast na Kraków, do którego miała lecieć, nastawione było na Wiedeń. Z dochodzenia krakowskiej prokuratury wiadomo także o złym stanie zdrowia głównego pilota i przeciążeniu samolotu bagażami (choć ciężko wytłumaczyć, skąd jego ogrom skoro był to rejs z Warszawy).

Pytań wiele, a odpowiedzi? Próbowała je znaleźć Irena Małysa, autorka „W cieniu Babiej Góry”, na której debiut pisarski natrafiłam naprawdę przypadkiem, przeglądając dział z kryminałami w osiedlowej bibliotece. Nie wiem, co mają w sobie te historie z górami w tle, czy tak mocno wieje w nich halny, ale i ta wciągnęła mnie na tyle, że przy następnej wizycie z pewnością sięgnę po drugi tom, którego bohaterką będzie Baśka Zajda.

I nie przeszkadza mi to, że motywacja popełnionej zbrodni, która wydarzyła się w cieniu tragedii lotniczej, wydawała mi się przesadna. Ani to, że szukana sprawczyni niewyjaśnionych wydarzeń na Babiej Górze pojawiła się trochę jak królik z kapelusza. Ani nawet to, że policjantka (jak to zwykle bywa) jest po traumatycznych przejściach, próbuje poradzić sobie z przeszłością i śmiercią partnera, za którą się obwinia. Wydarzenia z 1969 roku przeplatają się tak ściśle z tymi z 2019 roku, że dałam się porwać tej historii, zarywając kolejną noc i pomstując sama na siebie za to, jak bardzo będę nieprzytomna po tych czterech godzinach, które mi pozostały do alarmu budzika.

#kryminał #książka #recenzja #góry

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *