O wiele spraw nie zdążyłam już zapytać, a szkoda. Tak to już jest u starszych ludzi, że nie pamiętają zeszłego tygodnia, ale co mama gotowała w dzieciństwie – i owszem (choć do garnka nie było co włożyć).
Babcia była jedną z jedenaściorga dzieci, wiejskie gospodarstwo, na Kaszubach, nad samym jeziorem. Luksusów, broń Boże, żadnych.
Najstarszą, Zosię, wydano za dużo starszego gospodarza. Wiem, że płakała, ale poszła, bo taki był zwyczaj, bo rodzice kazali, bo w domu bieda, bo miała się cieszyć, tylko nie wiadomo z czego.
Kolejną, Czesię, przyuczono do krawiectwa. Musiała wszystkich obszywać, czy chciała czy nie. A że nie była ponoć urodziwa i jedną nogę miała trochę krótszą, w pierwsze kolejności posadzono ją przy maszynie.
Agnieszka poszła na służbę do wujostwa. Wcale nie było lżej niż w domu, ale rodzice nie musieli już się martwić, jak nakarmić kolejną gębę. A że dziecko tęskniło do matki, do sióstr i braci, do biedy nad jeziorem, taka cena…
Bracia mieli głównie orać pole, gdy ojca zabrakło. Oporządzać zwierzęta, przyuczać się do gospodarki, bo wiadomo, że najstarszemu z nich przypadnie. Ale gdy zrobili swoje, mogli iść na potańcówkę, babka im zazdrościła.
Jej nigdzie nie wysłali, w oczach matki była dobrze zbudowana, przystojna, jak kiedyś mawiano. Marzyła o nauce, zwłaszcza, gdy już po wojnie pozwolono na to jej młodszym siostrom, ale była zbyt silna „w rękach”, a takie były potrzebne na gospodarstwie. Więcej mogła zrobić, więcej wytrzymała, zanim uciekła do miasta.
Do kościoła było 10 kilometrów, to i tak niewiele, trzeba było tylko poczekać na swoją kolej, zanim starsi wrócą i oddadzą buty, bo wiadomo, że dla wszystkich nie było.
…
I to wszystko mi się przypomniało, gdy czytałam kolejne strony książki Joanny Kuciel-Frydryszak „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” (Wydawnictwo Marginesy). To moje wspominki są jak wyciągnięte z tego reportażu fragmenty.
Autorka opisuje życie kobiet w niezwykle interesujący sposób, otwiera drzwi maleńkich, biednych chat, w których nie było żadnego poszanowania, ani odrobiny intymności, a często i człowieczeństwa. To obraz kobiet wymęczonych codziennością, skatowanych wielodzietnością, pozbawionych perspektyw i nadziei, że ich życie może się odmienić.
W najlepszym przypadku trafiają na służbę, uciekają do miasta, wypływają za ocean. Wieś to ich brzemię, a mimo to trwają codziennie, od nowa, od świtu aż do zamknięcia oczu. Na zawsze.
#reportaż #recenzja #wydawnictwomarginesy #chłopki