Czytałam o świecie ogarniętym zarazą.
Ludzie zainfekowani są chorobą, jakby jakąś odmianą grypy, która odbiera im moc bycia człowiekiem, zachowywania swojej naturalnej godności. Wraz z jej utratą nabywają zupełnie nowe imiona, które stają się rozpoznawalne tylko dla określonego kręgu wyznawców. Jedni nie istnieją bez drugich, to planeta pełna zależności, którą rządzą sukces, sława, pieniądze i ekran. Zarażony zawsze musi być widoczny – on i wszystko, co niego dotyczy, nawet najbardziej intymne sprawy. Na początku może wyglądać to na żart czy sprawdzian dotyczący tego, jak bardzo można przesunąć granice własnej prywatności. Później robi się „poważnie”.
Nikt nie uczy nikogo, jak postępować w czasie tej zarazy. Nie ma regulaminu, stowarzyszenia kontrolującego przykładność norm i zachowań. Można jedynie obserwować tych, którzy są zarażeni tym wirusem już na dobre, bo krąży w ich krwiobiegu jakby ze zdwojoną siłą. Jedynym wyznacznikiem staje się liczba podglądaczy, śledzących w niemym zachwycie lub pomału zarażających się tą chorobą. Jeśli jest ich dużo – „grypa” staje się nadzwyczaj promienna i przynosi zysk, jeśli publika odchodzi, przegrywasz i ty.
Ta choroba to influenza.
‘In flu’ – to tyle co „w grypie”;
‘Influenza di freddo’ – to „wpływ zimna” na wysyp dolegliwości związanych z wirusem grypy.
Grypa może być endemiczna, i trwać przez cały rok, lub epidemiczna, czyli sezonowa.
Jaka jest ta, o której pisze Jakub Wątor w swojej książce „Influenza. Mroczny świat influencerów”?
Na myśl przychodzą mi same pesymistyczne i przerażające wnioski. Najpierw przez kilka stron książki czułam się zagubiona (i w gruncie rzeczy, życzę Wam tego). Tyle nieznanych mi nazwisk, opisów wydarzeń spoza mojej rzeczywistości. Czytałam, jakbym miała przed sobą fantastykę, jak w tych filmach o apokalipsie albo wirusie, który ogarnia cały świat. Takich, które zupełnie inaczej oglądaliśmy przed pandemią. Dziś wiemy, że to nie były do końca zmyślone scenariusze.
W „Influenzie…” J. Wątora jest niestety podobnie. Bo ten świat istnieje, choć nie muszę w nim być, ale – mam głębokie przekonanie – muszę mieć świadomość jego obecności. „Niepostrzeżenie wdziera się w nasze życie. Bo kto sponsoruje samozwańczych guru, którzy dorabiają się niewyobrażalnych fortun przed trzydziestką? My i nasze dzieci”.
Ostatnio szkolne zebranie u córki w czwartej klasie przerodziło się w smutną i dla niektórych otrzeźwiającą dyskusję o wpływie „sieci” na nasze dzieci, na ich emocje, które przynoszą do szkoły, na relacje rówieśnicze i na hejt przelewający się między komunikatorami i na czatach gier. Dziesięcio- czy jedenastolatkowie. Ich zaczyna ogarniać właśnie ta grypa. Pomału, podstępnie. Zaczyna się niewinnie od zakładanych kont profilowych na FB, mimo że są wymagania, co do wieku, a potem chciałoby się powiedzieć: „z górki”.
Dlatego zachęcam Cię do przeczytania „Influenzy…”, by poznać wroga pięknego dzieciństwa, zdrowych relacji i naturalnych emocji. Nie przechodźmy tej grypy nawet sezonowo. Zaszczepmy się.
Czytałaś? Czytałeś?
#recenzja #dzieckowsieci #influenza #redakcja #korekta